
Tutaj, proszę, bliżej ogniska, Panie. Usiądź wygodnie, weź kubek grzanego wina i posłuchaj opowieści nadwornego błazna, który widział za dużo, pił za długo i przeżył tylko dlatego, że stał w kącie i robił głupie miny, gdy królowie w swoich złotych koronach podejmowali decyzje tak durne, że aż konie w stajniach rżały ze śmiechu.
Pozwól, Mój Panie, że naleję Ci jeszcze odrobinę. Muszę to zrobić, bo obawiam się, że w gardle Ci zaschnie od historii, którą chcę Ci opowiedzieć.
Istnieje jedna taka księga, Paniczu. A właściwie dwa tomiszcze, pieruńsko ciężkie, jak sumienie Królobójcy po upadku z wieży. Powiem Ci, mój Panie, że gdyby nie te fikuśne malunki i czerwoniutka okładka, to rzekłbym, że to sterta pergaminów spisana przez jakiegoś ślepego Maestra, co w życiu słońca nie widział, a jedynie kurz z bibliotecznych półek Wielkiej Cytadeli wąchał.
O „Ogniu i Krwi” mówię, Paniczu. Słyszałem, że ponoć spisał to sam Arcymaester George Martin, niech mu Siedmiu sprzyja. Rozciągnął to na dwa tomy, jakby chciał kupić sobie czas. Nie wiem na co, mój Panie. Może na coś innego? Na przykład na niepisanie „Wichrów Zimy”? Na Starych i Nowych Bogów, przecież my zamarzniemy w tym oczekiwaniu! A ja Białym Wędrowcem być nie chcę, o nie!
Tę swoją księgę napisał tak, żeby wyglądała jak rzecz, której nikt o zdrowych zmysłach nie chce czytać po zmroku. Gruba, ciężka, z literami drobnymi jak wyrzuty sumienia i ilustracjami, które mają udawać, że coś się dzieje. To nie dla mnie, mój Panie, jak Wielkiego Septona kocham.
Próbowałem to czytać, Paniczu, na honor błazna przysięgam! Otworzyłem to tomiszcze i czytam: „Roku tego i tego, ten zdechł, tamten zdradził, miasto poszło z dymem. Kropka.” Fakty się zgadzają (chociaż ja to pamiętam inaczej, niech mnie smoki zjedzą), daty stoją w rzędzie jak Nieskalani, a imiona, mój Panie, to takie, że język idzie sobie połamać.
Paniczu, sam powiedz, czy to nie nuda? A no właśnie, też tak myślę. Nuda, Panie, jak na mszy w sepcie Baleora, kiedy Wielki Septon przysypia w połowie kazania o cnotach Matki. Nic nie czujesz. Ani smrodu palonego mięsa, ani strachu, gdy przy stole ktoś powie o jedno słowo za dużo.
Ale mój Panie, spokojnie! Wtedy na scenę wkraczają kuglarze z „Rodu Smoka”. Cali w czerwieni, bez pytania, bez „przepraszam, czy można?”. Kopią bezczelnie w drzwi do tawerny, aż zawiasy jęczą. A spojrzenie to mają takie, jakby mówili: „Dracarys, skurczybyki, zaraz tu komuś pęknie serce lub czaszka”. Wcale, mój Panie, nie przesadzam! Nagle czujesz się, jakbyś dostał w pysk mokrą od posoki ścierką karczmarza.
Ci magicy od ruchomych obrazków robią jedną rzecz, której ci wszyscy, z całym szacunkiem dla ich łańcuchów, Maestrowie nie potrafią. Biorą te wszystkie suche fakty, wrzucają do kotła razem z pychą, ego, żalem, niespełnieniem i bogowie wiedzą z czym jeszcze, i robią z tego gulasz. A potem wylewają Ci prosto na jedwabne portki. I wtedy to nie jest już „historia”. To jest rzeźnia.
Widzę, że Panicz się uśmiecha. Że przesadzam? Mój Panie, a jak inaczej Pan to nazwie? W księdze stoi napisane czarno na białym: „Król Viserys podupadł na zdrowiu, a ciało odmówiło mu posłuszeństwa”. Brzmi dostojnie, niech się winem zakrztuszę! Jakby król dostał kataru i położył się do łoża. Ale Pan tylko zerknie na tych błaznów od sztuki w tym magicznym pudełku! Oni pokazują trupa, co jeszcze dycha! Nie żartuję! Viserys nie „podupada” tylko się, na bogów, rozkłada! Gubi części ciała jak monety w dziurawej kieszeni. Ucho odpada mu do zupy, policzek gnije, palce znikają. Toż to nie choroba! To wygląda tak, jakby śmierć zapomniała go zabrać za pierwszym razem i teraz wraca po raty jak lichwiarz z Żelaznego Banku.
I to jest właśnie ta różnica, mój Panie! Książka to jak opowieść o pijanym wujku, który potknął się na weselu. A serial? To tak jakbyś sam tam był i widział, jak wujek zarył gębą o michę ze smalcem, rozbryzgując skwarki na biesiadników. I jeszcze do tego próbuje tańczyć!
Widzę, że Panicz chce więcej takich smaczków! Służę pospiesznie. Mój Panie, w księdze czytamy, że wszystko to, za przeproszeniem, polityka, frakcje i szachy. No tak, gra o tron. Nuda. A w „Rodzie Smoka”? To stado wściekłych krewnych, którym dano broń masowej zagłady. Co byś pomyślał, mój Panie, o dorosłych ludziach, którzy latają na smokach, a zachowują się jak bachory, które nie potrafią pogodzić się po kłótni o zabawkę? O to to, ja myślę tak samo. I wszyscy wiedzą, że to wszystko pójdzie z dymem. A mimo to siedzisz i oglądasz dalej, bo ciekawość wygrywa z rozsądkiem, jak, nie przymierzając, wino z wodą.
A najbardziej, paniczu, uwielbiam te kłótnie między kobietami. Pan wybaczy prostemu błaznowi, ale ubaw mam niesamowity! Dobrze, dobrze, nie ma z czego żartować, w końcu nie kończy się to za dobrze. Ale popatrzmy na tę królową Alicent. W księdze stoi, że „weszła w zielonej sukni do sali.” No weszła to weszła, po co drążyć? Ale w sztuce ona wchodzi, a powietrze w sali zamarza tak, że wino w kielichach krzepnie. W księdze to był fakt. A w serialu to moment, w którym masz ochotę schować się pod stół, bo jad leje się z niej strumieniami, przekraczając wszelkie normy przyzwoitości znane w Pchlim Tyłku. Panicz się śmieje, ale ja nie przesadzam! Ale tylko wtedy możesz, mój Panie, zrozumieć, że to już nie jest zwykła walka o stołek z żelaza. To wojna dwóch byłych psiapsiółek, co są tak wściekłe, że spalą pół świata, byle postawić na swoim. I powiem paniczowi, że taką zaciętość to ja szanuję. To jest dopiero ogień!
Nie chciałem, mój Panie, mówić o smokach, bo się ich boję, jak samego Góry! Ale muszę, bo historia będzie niepełna. Smoki w księdze „Ogień i Krew” to jak machiny oblężnicze. Jak statystyka. Wiek, rozpiętość skrzydeł, liczba bitew. Mój Panie, z całym szacunkiem, ale ile można o tych liczbach? Toż to nawet największemu uczonemu by się w głowie zakręciło! Na szczęście mamy tych naszych grzeszników od kolorowych obrazków, co znają się na rzeczy. I w serialu taka na przykład Vhagar to latająca góra z charakterem i demencją. Aemond, ten jednooki szaleniec, którego nie da się nie lubić, myśli, że nią steruje. Gówno prawda, za przeproszeniem! On próbuje ujeżdżać potwora, który ma własne zdanie. I teraz, w księdze napisali: „Smoki zwarły się w walce”. W serialu widzimy to samo, tyle że dużo lepiej. Widzimy przerażenie w tym jedynym oku chłopaka, który nagle pojmuje, że jego babcia jaszczurka pomyliła wnuczka z przekąską, mimo, że on wrzeszczy: „Nie, stój, niedobry smok!”.
Widzisz, mój Panie, można tych sztukmistrzów od „Rodu Smoka” nie lubić, ale przyznać im trzeba, że zrobili rzecz rzadką i dobrą. Wzięli tę całą kronikarską nudę i zamienili ją w lepką, czerwoną rzeczywistość. Tutaj krew nie leje się dlatego, że tak w scenariuszu stoi. Ona jest skutkiem ubocznym gadania. Każda rzeź zaczyna się od uśmieszku przy winie, od jednego krzywego spojrzenia. Ktoś kogoś obrazi, ktoś przypomni sobie, że dziesięć lat temu ktoś mu zeżarł kurczaka. I cyk – smoki w powietrzu, a miasta płoną.
Więc na koniec, mój Panie powiem Ci tak. „Ogień i Krew” jest wielką księgą mądrości, ale suchą jak wiór. Serial „Ród Smoka” jest momentem, kiedy ta księga ożywa, zyskuje zęby i próbuje odgryźć Ci rękę. I nie wiem jak Tobie, Paniczu, ale mi się ten cyrk podoba.
Polać jeszcze? Bo dzban już dno pokazuje, a noc jeszcze młoda!





Zostaw odpowiedź