
Powiem Ci, że generalnie rzecz biorąc to nie lubię książek i filmów o apokalipsach. Jakoś nie przemawiają do mnie latający po całym świecie zombie i motyw wesołej strzelaniny przez 24 godziny na dobę. Albo wkurza mnie motyw, kiedy gość budzi się po uderzeniu meteorytu, idzie do sklepu sportowego i nagle magicznie umie strzelać z kuszy. No nie.
Bo to nie jest apokalipsa. To jakiś fan fiction dla tych, którzy lubią tanią i prostą rozrywkę. I dla tych, którzy boją się prawdziwego chaosu.
Jeśli już mam czytać historię o końcu świata to takim, gdzie to wszystko trwa powoli. Jest procesem. Logistycznym koszmarem. Wiesz, sytuacją, gdzie czytasz, a w tle słychać miliony spanikowanych telefonów, które zatykają sieć. Gdzie oczami wyobraźni widzisz te stojące na środku drogi ciężarówki, które przestały dowozić wszystko, bo kierowcy umarli w kabinach. Albo sąsiadkę, która umiera na grypę w mieszkaniu obok. I w końcu rząd, który kłamie Ci w żywe oczy w telewizji, dopóki transmisja nie zgaśnie.
Rozumiesz o co mi chodzi? O ten brudny, trudny i zbyt realistyczny dla niektórych autorów etap. Więc go omijają.
Dlatego myślę, że jest tylko jedna, jedyna książka, wielka cegła, która moim zdaniem zasługuje na miano „Najlepszej książki o upadku cywilizacji”.
„Bastion” Stephena Kinga.
Tak jest. Grubas. Ponad 1000 stron. Półtora miliona słów. Niektórzy twierdzą, że za długi, że momentami nudny. Człowieku. Koniec świata jest długi.
King nie idzie na skróty. On pokazuje, jak cywilizacja umiera, a potem rodzi się od nowa w totalnym chaosie i moralnym dylemacie. A jeśli Ty chcesz w tym uczestniczyć, to nie masz wyjścia. Musisz to przeczytać.
Punkt pierwszy. Śmierć systemu.
Tak jak wspomniałem na wstępie, nie lubię sytuacji, kiedy zostaję postawiony przed faktem dokonanym. Albo jeśli akcja upadku cywilizacji trwa jeden rozdział. Serio? Chcecie mi powiedzieć, że świat upada w jeden dzień? No błagam.
MUSISZ wiedzieć, co się stało naprawdę i jak do tego doszło.
I King właśnie to robi. Nie omija tej części. Poświęca temu setki stron. I napiszę tak: ta część przeraziła mnie najbardziej. Z laboratorium wydostaje się wirus supergrypy, który nie sprawia jednak, że świat umiera od razu. Jak za jednym hollywoodzkim cięciem. Niee. To jest powolna, niemożliwa do zatrzymania maszynka, która mieli wszystko, co znamy do tej pory.
Stary. Wszystko się sypie. Logistyka, transport. Sklepy są puste, bo nie ma komu dowozić żarcia i podstawowych produktów. Co dalej? Cała machina rządowa się sypie. Rząd kłamie, wyrzuca propagandowe komunikaty telewizyjne, które mają uspokoić, a tylko potęgują panikę.
System rozpada się na poziomie komórkowym.
Punkt drugi. Wybór.
Cywilizacja upada. Zostaje ułamek ludzi, którzy muszą przetrwać. No i wtedy, kiedy oczekujesz apokaliptycznych standardów, kiedy myślisz, że ludzie będą teraz chować się w norach i jeść robaki, King pokazuje, jak wynieść zwykłą opowieść o apokalipsie na wyższy poziom.
On opiera resztę historii na najbardziej podstawowym kodzie źródłowym ludzkiej moralności. Stawia ludzi przed wyborem. I masz tu dwie frakcje. Pierwszą jest tzw. „strefa wolna” w miasteczku Boulder, pod dowództwem 100-letniej kobiety. Ci, którzy się w niej znajdują, chcą odbudować społeczeństwo bazujące na etyce, współpracy i zasadach. Trochę nuda, ale to raczej niezbędne.
Ale jeśli Ci się to nie podoba, to możesz wybrać drugą możliwość. Czyste zło w Las Vegas. Grupa ludzi, którzy chcą władzy, chaosu, seksu i przemocy. Czyli co – eksploatacja zasobów i natychmiastowa gratyfikacja.
I to właśnie sprawia, że ta książka nie jest o ucieczce. Ona jest o wyborze – dobra lub zła. Wybór jest niezwykle prosty – chcesz żyć w zorganizowanym świecie pełnym zasad i pracy czy w piekle tyranii i narkotyków?
Punkt trzeci. Tak, to musi być długie.
Nie narzekaj, że to ma 1000 stron. Gwarantuję Ci, że szybko zleci. Bo to jest zaleta „Bastionu”. Bo wiesz co? Nie ma szybkich odpowiedzi, dlatego ich w tej książce nie szukaj.
King daje Ci cegłę po to, żebyś poczuł tę apokalipsę całym sobą. Żebyś poczuł tę pustkę, kiedy razem z bohaterami będziesz przemierzał Amerykę pustymi drogami, zastawionymi równie pustymi samochodami, ewentualnie z trupami w środku.
Po drugie – musisz poczuć relacje, jakie panują między ludźmi. Tylko wtedy masz szanse je zrozumieć. Pamiętaj, że to są nowi Adam i Ewa, więc ich wady i zalety muszą być bardzo widoczne.
A po trzecie – tu nie może być przypadku. Końcówka książki musi wynikać z logicznego ciągu wszystkich zdarzeń i nie jest wynikiem pomyłki. To jest właśnie efekt dylematu moralnego.
Jeśli lubisz książki o apokalipsie, ale chcesz coś więcej niż zabijanie umarlaków i skrywanie się w jaskiniach, to „Bastion” jest idealny. Bo King traktuje upadek cywilizacji poważnie, jako katastrofę na wielu płaszczyznach – biologicznej, społecznej i moralnej.
Ale powiem Ci więcej. Czytasz to i kurde czujesz lekkie podniecenie. Dlaczego? Dlaczego fascynuje Cię Twój własny koniec? Co w tych historiach nas tak przyciąga?
A tu już odeślę Cię na YouTube, gdzie właśnie o tym gadam.
Przeczytaj, a potem wpadnij na kanał.
Pozdro.





Zostaw odpowiedź