Dzisiaj trochę inaczej. Zawsze o książkach, grubych powieściach, sagach. No tak, niektórzy potrzebują siedmiu tomów fantasy, żeby poczuć się spełnionym czytelnikiem. Ale są też tacy, którzy chcą szybkiego literackiego strzału między oczy. No i dzisiaj napiszę o opowiadaniach. Dlaczego? Bo wydaje mi się, że takie krótkie formy są trochę niedoceniane. Bo wiesz, czasem kilka stron może wytrzeć Tobą podłogę lepiej niż 800 stron ględzenia. Zerknij na moją listę pięciu opowiadań. Jeśli odważysz się po nie sięgnąć, nie będą miały dla Ciebie litości.

#1. Teleportacja, czyli psychodeliczny horror. „Jounting” Stephena Kinga.

Pierwszy strzał to mistrz horroru, ale, jak się okazuje, specjalista też od opowiadań. W zbiorze “Szkieletowa załoga”, którą kupiłem głównie dla ‘Mgły’ znalazłem więcej perełek, a jedną z nich jest “Jounting”. Brzmi dziwnie, co? Pewnie. I jest dziwne. Mowa tu o jakiejś przyszłości, gdzie teleportacja staje się normą. Jest pozornie bardzo prosta, szybka, czysta i wygodna. Tylko jest jedno “ale”. Żeby to zrobić, musisz być… nieprzytomny. Bo świadomość i jounting się nie lubią. Oj, i to bardzo. Zastanawiasz się, co się stanie, jeśli ktoś chce przechytrzyć system i pozostać przytomny podczas teleportacji? Nic więcej nie mówię, przeczytaj. Poznasz, co to dobre science-fiction z psychologicznym dreszczem i złośliwym zakończeniem.

#2. Letni dzień, beztroska, sielanka. A potem: baam! „Zabić dziecko” Stiga Dagermana.

Kolejne opowiadanie to emocjonalna bomba z opóźnionym zapłonem. Tekst, który nie mówi dużo, ale każde jego zdanie to cegła w twarz. Dagerman pokazuje jak można pokazać cały dramat życia na kilku stronach. Spokojnie, nikt tu nie krzyczy. Wprost przeciwnie. To lakoniczny i prosty, ale duszny język. Letni dzień, dwoje ludzi i jedno dziecko. Wszystko dzieje się bardzo szybko, cicho i zwyczajnie. Ale coś wisi w powietrzu. I to coś ma kształt nieuniknionej katastrofy. To jedno z najkrótszych i najpotężniejszych opowiadań o winie, losie i braku sensu. Dagerman opowiada o tragedii niemal obojętnie. Ale emocjonalnie Cię obezwładni. I robi to tak, że nie chcesz patrzeć, ale nie możesz przestać czytać. Jeśli myślisz, że krótkie teksty “nic nie mogą”, to opowiadanie idealne dla Ciebie. Tylko potem nie miej do mnie pretensji.

3. Sielska wioska, śmiech, śmierć. I zero zdziwienia. „Loteria” Shirley Jackson.

Przeraża mnie to opowiadanie. Wiesz dlaczego? Bo to nie wygląda jak horror. Ale najstraszniejsze rzeczy dzieją się wtedy, kiedy nikomu nie wydają się dziwne. I tak jest tutaj. Obserwujesz wiejskie miasteczko. Gdzieś w Ameryce. Ale to nie ważne. Ważne jest to, że ludzie zdają się bawić tu doskonale. Dzieci bawią się w piasku, rzucają kamieniami, gospodynie plotkują, faceci żartują pod nosem. Śmiechy, pogaduchy, sielanka na całego. Można by rzec – festyn jak się patrzy. Ale to dzisiaj odbywa się coroczna loteria. I wszyscy są bardzo, bardzo punktualni. Coś tu nie gra, prawda? Słusznie, bo końcówka jest absolutnie szokująca. Horror społeczny w czystej postaci. Shirley Jackson tworzy horror, w którym nie znajdziesz noży, krwi i duchów. Wystarczy jej tradycja. I to, że nikt tutaj nie zadaje pytań. Gwarantuję Ci, że zapamiętasz to na długo.

#4. Kiedy sadzenie drzew może zmienić świat. Dosłownie. „Człowiek, który sadził drzewa” Jean Giono.

O ile poprzednie opowiadania to soczysty literacki liść w twarz, to tu masz spokojny, cichy uścisk duszy. Nie horror, nie sensacja, nie thriller. Najbliżej mu do dramatu, ale takiego z nadzieją. Z nadzieją, że nie trzeba być influencerem, żeby zmieniać świat. Jest pewien gość, milczący pasterz, który chodzi i sadzi drzewa. Codziennie. Przez lata. Nie żartuję. Ale poczekaj, nie odsuwaj tego od siebie zbyt szybko. Bo gwarantuję Ci, że warto to przeczytać. Bo to dowód na to, że człowiek może wszystko. Bez sławy, bez celu, bez planu ratowania świat. Ten gość nie gada, nie vloguje, nie lajkuje. Po prostu robi swoje. To brzmi trochę jak przypowieść, medytacja o sile jednego człowieka. Który robi wielkie rzeczy, robiąc pozornie tak mało. Pomimo tego, że to wszystko brzmi banalnie, rozłoży Cię na łopatki. Spędź pół godziny, przeczytaj to, a obiecuję Ci, że nauka z tego opowiadania zostanie z Tobą na długo.

#5. Biurowa monotonia i ten, który mówi: „Wolałbym nie”. „Bartleby, skryba” Hermana Melville’a.

Ostatnie opowiadanie to jedno z najdziwniejszych, jakie przeczytałem. O typie, który pracuje w biurze i przepisuje dokumenty. Jest cichy, uprzejmy, pracowity. Aż do pewnego momentu. Do czasu. Bo nagle Bartleby na wszystko zaczyna odpowiadać jednym zdaniem: “wolałbym nie”. Bunt? No nie wiem, dla mnie to coś grubszego. Coś, co zakrawa o absurd. Ale to dość niepokojące. Gość przestaje przepisywać, przestaje wychodzić z biura. Nie chce nawet jeść. W sumie to nie chce nic. Ale wiesz co? Nie awanturuje się. Po prostu… pasywnie odpada z życia. I robi to w tak spokojny i stanowczy sposób, że zaczynasz się zastanawiać, czy przypadkiem nie ma racji? Zaczynasz mu współczuć. Myślisz, że to opowieść o lenistwie? Bzdura. Dla mnie to opowieść o próbie odmowy współuczestnictwa w absurdzie świata. A Ty zaczynasz się zastanawiać, czy też byś tak nie chciał. Tylko pewnie brak Ci odwagi powiedzieć “nie”.

I co, dalej uważasz, że dobra historia musi mieć 500 stron? Pokazałem Ci, że czasem wystarczy dziesięć, jeśli autor nie pier… się w tańcu. Możesz przeczytać je w tramwaju, w przerwie w pracy, wieczorem przed pójściem spać. Gwarantuję Ci, że nie pożałujesz. Idę o zakład, że masz gdzieś w głowie jakieś jedno opowiadanie, krótką historię, może artykuł, który ciągnie się za Tobą latami. Może się nim podzielisz? Daj mi znać, serio. Niech ta lista rośnie.


Zostaw odpowiedź



Trending

Odkryj więcej z BEZ PUENTY

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej