
Prawa autorskie…hmmm, ciekawa sprawa. Wyobraźmy sobie sytuację, że pewnego pięknego dnia wpadasz na genialny pomysł. Podekscytowanie sięga zenitu, rzucasz wszystko i siadasz do kompa. Zaczynasz stukać w klawisze, żeby nie zapomnieć. Pomysł masz taki, że rozwali system. Fabuła jest gęsta, że można nią smarować kanapki. Bohater ma taką charyzmę, że sam Clint Eastwood może go poprosić o autograf. A Ty sobie myślisz: „to jest właśnie to”. A potem zupełnie przypadkowo trafiasz na książkę jakiegoś gościa z lat 70., o której nikt nie słyszał i okazuje się, że… on to już napisał. Co wtedy czujesz? Zakładam, że taki miks złości, bezsilności i chęci rzucenia laptopem o ścianę.
Tylko też trzeba sobie ustalić pewną rzecz. Pomysł nie ma praw autorskich. Bo, cytując klasyka, „wszystko już było”. No i takim tokiem rozumowania wielu pisarzy poszło w swoich książkach. Nie rzucili laptopem o ścianę. Nie czuli się bezradni i zrezygnowani. Tylko podeszli do tematu jak do inspiracji. „Ja się tylko wzorowałem” mówią. Tylko paaanie, ja Ci dzisiaj pokażę takich asów, gdzie chyba o jakiejkolwiek inspiracji nie może być mowy.
Dzisiaj o temacie plagiatów. Wiesz, chodzi mi o takie sytuacje, kiedy widzisz od razu, że to żadna inspiracja, tylko perfidne kopiuj-wklej. O pisarzach i pisarkach, którzy powiedzieli: „a dobra tam” i przepisują. Jedni pomysł. Drudzy całe zdania. Jeszcze inni całe fabuły. Przepisują po prostu co lepsze kąski, podpisują pod własnym nazwiskiem i liczą na to, że nikt się nie kapnie. A potem są bogaci, sławni i zapraszani do talk-showów, gdzie opowiadają o procesie twórczym. I dzisiaj właśnie opowiem Ci o takich literackich złodziejaszkach, którzy zapisali się w historii nie tylko swoimi dziełami, ale też tym, że bezczelnie „zainspirowali się” cudzymi.
#1 J.K. Rowling i „Harry Potter”

I od razu z grubej rury z moją jedną z najbardziej ulubionych serii książek. Paradoksalnie tutaj sprawa jest dość prosta. Bo tak: mamy tutaj do czynienia z serią, która wygenerowała miliardy dolarów. Urosła do rangi globalnego kultu, takiej ikony popkultury, że miliony dzieciaków i dorosłych rzuciło w kąt konsole i inne rzeczy i zaczęło czytać książki. W takiej sytuacji naprawdę nie jest niespodzianką, że znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że ukradłeś jego pomysł. I w przypadku Rowling, takich „ktosiów” było kilku.
Na początek gość, co nazywa się Adrian Jacobs. A raczej jego spadkobiercy, bo sam Jacobs już dawno nie chodził po tym świecie. Ale ten właśnie pisarz wydał w 1987 roku ksiażkę „The Adventures of Willy the Wizard”. I jego potomkowie stwierdzili, że to wypisz wymaluj „Harry Potter i Czara Ognia”. Jak chcesz dowodów, to łap teraz. W książce Jacobsa pojawia się konkurs dla czarodziejów, czarodzieje podróżujący pociągiem, szpital dla czarodziejów i fragment, gdzie bohaterowie próbują rozwiązać zadanie w łazience. Brzmi znajomo, nie? No i sprawa trafiła do sądu. Sprawa za miliard funtów. Serio. Miliard funtów za to, że w dwóch książkach o czarodziejach pojawia się pociąg. No, a czym mieli jeździć? Sąd na szczęście miał resztki rozumu i wyśmiał pozew, uznając, że pomysły były zbyt ogólne, żeby mówić o plagiacie. Więc jak będziesz pisał o kowbojach to uważaj, żeby nie pozwał Cię ktoś, kto kiedyś napisał książkę o koniach i strzelaninach w samo południe.
Ale to, że „Harry Potter” jest skarbnicą wszystkiego to już wiesz. Więc jedziemy dalej. Była taka pani, co twierdzi, że wymyśliła słowo „mugol”. Nazywała się Nancy Stouffer i napisała w 1984 roku książkę pt. „The Legend of Rah and the Muggles”. Jej książka też opowiadała o magicznych dzieciach, a u niej „Muggles” to były małe, zmutowane ludziki. I teraz uważaj. Bo Nancy Stouffer nie tylko oskarżyła Rowling o plagiat, ale poszła z nią na totalną wojnę. No i sprawa się rypła. Bo Rowling też postanowiła wytoczyć jej proces i sąd raz na zawsze wyjaśnił sprawę. I teraz najlepsze. Sąd stwierdził, że Rowling nie skopiowała jej pomysłu, a samą Stouffer oskarżył o… fałszowanie dowodów. Okazało się, że ta oto autorka przerabiała stare broszury, dopisywała słowa i ogólnie kombinowała jak koń pod górę. Koniec końców nie dość, że sąd oddalił zarzuty, to jeszcze dowalił jej 50 tysięcy dolarów kary. A sama Stouffer została publicznie zmiażdżona.
#2 Dan Brown i „Kod Leonarda Da Vinci”

Na pewno pamiętasz ten szał w momencie, kiedy Dan Brown wydał książkę „Kod Leonarda da Vinci”. To było coś więcej niż ksiażka. To był globalny obłęd. Kościół rzucał klątwy, historycy rwali włosy z głowy, a turyści w Luwrze zamiast podziwiać Monę Lisę, szukali pod nią ukrytych tuneli. I było wiadomo, że kiedy Dan Brown stał się literackim bogiem i dostał swoją hollywoodzką ekranizację z Tomem Hanksem, musiał doczekać się kogoś, kto oskarży go o plagiat.
No i pojawiło się dwóch gości – Michael Baigent i Richard Leigh, którzy wydali w 1982 roku książkę „Święty Graal, Święta Krew”. Zrobili tytaniczną robotę, przekopali setki starych dokumentów i postawili tezy, które potem znaleźć można było w książce Browna. To oni stwierdzili, że Jezus i Maria Magdalena byli małżeństwem, że linia krwi Jezusa przetrwała, że istniał tajemniczy zakon Syjonu, a Kościół Katolicki to bezwzględna korporacja, która od 2000 lat tuszuje prawdę.
No i potem bierzesz książkę Browna i czytasz o całym tym koncepcie, a autor świetnie ułożył wokół tych faktów thriller i wydał pod swoim nazwiskiem. Oczywiście skończyło się procesem. Znowu grube miliony w grze. I prawdziwy cyrk na sali sądowej. Obrońcy Browna stwierdzili, że Brown wcale nie skopiował dzieła wyżej wymienionych panów, a tylko korzystał z literatury faktu, jak nazwali ich pracę. Coś na zasadzie – „dzięki za research”. Ale czekaj, bo to nie koniec. Najlepsze jest to, że Brown w swojej książce nawet oddał im hołd! Serio. W książce pojawia się ekspert od Graala, który nazywa się Leigh Teabing. Leigh to hołd dla Richarda Leigha, a Teabing? To anagram nazwiska Baigent. No cóż za bezczelność!
I teraz wisienka na torcie. Brown sprawę sądową wygrał. Sąd przyznał, że Brown korzystał z ich pracy, ale nie przekopiował ich tekstu. On się tylko zainspirował ich teoriami. Bo jego książka to nie literatura faktu, ale beletrystyka. Napisana w stylu sensacyjnym, z inną fabułą, postaciami i narracją. I na koniec sąd jeszcze dowalił karę dla oskarżycieli w postaci opłacenia kilkuset tysięcy funtów kosztów sądowych.
#3 Paolo Coelho i „Alchemik”

Na koniec zostawiłem bohatera wielu memów ze złotymi myślami. Paolo Coelho. Jedna z jego książek jest trochę jak biblia dla ludzi zafascynowanych rozwojem osobistym podróżami i wiarą w to, że Wszechświat ma dla nich plan. „Alchemik” jest książką tak duchową i tak głęboką, że musiałby znaleźć się jakiś szaleniec, który posądził by Coelho o plagiat. No i znalazł się.
Tylko sprawa w tym przypadku jest nieco inna. Była taka książka „The Alchemist” autorstwa Wilhelma Storlitza, niemieckiego tłumacza, filozofa i pisarza. On też opisał bohatera, który wyrusza w podróż duchową przez pustkowia, żeby odkryć prawdę o sobie samym. Też są znaki, prorocze postaci, sny.
Ale wszystko to nie skończyło się w sądzie. Pomimo tego, że podobieństwa wielokrotnie zostały opisane, sam Coelho nigdy nie został oskarżony o plagiat. Głównie dlatego, że praca Storlitza została praktycznie zapomniana, wydana tylko raz i nigdy nie doczekała się tłumaczenia na portugalski. A Coelho sam mówił, że „Alchemik” powstał w jeden szalony tydzień, jako forma wewnętrznego objawienia. Inspirował się głównie „Baśniami Tysiąca i Jednej Nocy, Biblią i filozofią suficką.
I teraz jak się na tym zastanowić, to faktycznie trudno to nazwać plagiatem czy kradzieżą pomysłu. Bo jego książkę można określić bardziej jako zlepek archetypów, cytatów i duchowych mądrości, które obecne są w kulturze od tysięcy lat. To bardziej dzieło, które zostało stworzone poprzez poskładanie cudzych pomysłów, snutych opowieści i tekstów źródłowych. I świat to kupił. Z pocałowaniem ręki.
Jakby to wszystko podsumować? Może tak: w literaturze chyba nie do końca liczy się to, kto miał pomysł, tylko kto sprzedał go lepiej, głośniej i z lepszą okładką. Jak się okazuje, w literaturze nie wygrywa ten, kto pisze mądrze – tylko ten, kto pisze tak, żeby trafić do ludzi i zgarnąć za to prowizję od wzruszenia. Czy Rowling rzeczywiście ściągała z książki kobiety z Kanady? Może. Czy Coelho przeczytał stare dzieło i uznał , że zrobi to lepiej? A Brown? On pewnie to sam nie wie, skąd bierze wszystkie te tajemnice. Prawda jest taka: literatura to nie kościół. Tu nikt nie jest święty. Więc jeśli zastanawiasz się, czy Twój pomysł pojawił się już kiedyś u kogoś to się nie przejmuj. Największe nazwiska też jechały na cudzych pomysłach. Tylko zrób to lepiej. I koniecznie z własną czcionką na okładce.





Zostaw odpowiedź